Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 132 819 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Janusz i Barbara Bisowie - Historia ostrowickiej służby zdrowia i oświaty

środa, 14 marca 2007 9:20

W sierpniu 1980 pracę na stanowisku kierownika gminnego ośrodka zdrowia rozpoczał Janusz Bis. Jego żona Barbara najpierw pracowała jako vicedyrektor szoły podstawowej, później była inspektorem ds. oświaty. Jedno z najpopularniejszych małżeństw w gminie zechciało podzielić się z nami wspomnieniami z 25 - letniej pracy w Ostrowitem. 

Jak trafili do Ostrowitego
Janusz Bis: W roku 1980 dyrektorem szpitala wojewódzkiego był doktor Marek Daniel, kolega, z którym razem kończyliśmy studia. To on polecił mi Ostrowite mówiąc, że są tu dobre warunki do pracy i rozwoju. Tak się składało, że w tym czasie z pracy w Ostrowitem zrezygnował doktor Tadeusz Skalski. Postanowiłem przyjąć ofertę pracy w Ostrowitem i z dniem 1 sierpnia 1980 objąłem stanowisko kierownika gminnego ośrodka zdrowia. Podlegałem wtedy pod ZOZ w Słupcy. W trakcie mojej pracy w Ostrowitem zreformowana została struktura służby zdrowia. Po zmianach w 1999 roku rozpocząłem indywidualną praktykę lekarską, a później utworzyłem Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej, którym kieruję po dzień dzisiejszy. Obejmując stanowisko kierownika ośrodka gminnego miałem kwalifikacje II stopnia epidemiologii, II stopnia higieny oraz I stopnia chorób wewnętrznych. Dalej się kształciłem, zdobyłem w tym czasie kwalifikacje leczenia chorób wewnętrznych oraz uprawnienia lekarza rodzinnego. Mogę się pochwalić, że byłem pierwszym lekarzem rodzinnym w powiecie słupeckim. Równocześnie z pracą w Ostrowitem pracowałem z szpitalu w Słupcy na oddziale wewnętrznym oraz na pogotowiu.

Pierwsze wrażenia
Barbara Piotrowska - Bis: Miałam straszne wrażenia. Wcześniej mieszkaliśy w Obornikach. To jednak było miasto. Mieliśmy bardzo ładne mieszkanie w nowym bloku. Ja pracowałam jako pedegog w poradni wychowawczej. Jednak z czasem zaczęły się tam kłopoty, bo my byliśmy bezpartyjni. A poza tym do zmiany miejsca pracy namawiał nas doktor Daniel.
JB: Ja w Obornikach pracowałem jako zastępca ordynatora. Z racji tego, że ordynatorem był stosunkowo młody lekarz, ja nie miałem specjalnych szans rozwoju. Chciałem przenieść się na indywidualną praktykę. Poza tym, w Ostrowitem zapewniono nam dobre warunki finansowe. Początkowo zakładaliśmy, że w Ostrowitem popracujemy tylko kilka lat. Doktor Daniel obiecał mi bowiem stanowisko ordynatora w nowo budowanym szpitalu w Koninie. Wcześniej jednak, z racji swych uprawnień sanitarno- epidemiologicznych rozpocząłem badania nad zanieczyszczeniem środowiska w Koninie. Okazało się, że miasto to jest strasznie zanieczyszczone. Wyniki badań zraziły nas do Konina i posatanowiliśmy zostać w Ostrowitem.

Stan wojenny
JB: Krótko po rozpoczęciu pracy w Ostrowitem nastąpił stan wojenny. Wiązało się to ze sporymi utrudnieniami w mojej pracy. Był problem z dojazdem. Przydziały na paliwo dostawałem tylko na dojazd do pacjentów, a ja musiałem dojeżdżać do szpitala w Słupcy. Innym problemem była konieczność otrzymania przepustki na opuszczenie gminy. Na szczęście otrzymałem pomoc ze strony ówczesnych władz gminy. Ponadto, brakowało lekarstw i środków medycznych.
BP-B: Jednak mimo wszystko, na wsi mogliśmy żyć spokojniej, niż w mieście. Tutaj mieliśmy lepsze warunki bytowe. A ponadto, tutejsze otoczenie nie czepiało się, że nie należeliśmy do partii. Ja od początku pobytu w Ostrowitem pracowałam jako vice dyrektor szkoły podstawowej w Ostrowitem, później zostałam inspektorem oświaty w gminie. Moje zdanie rzeczywiście miało jakieś znaczenie. Np. po wybuchu elektorwni w Czarnobylu w kraju organizowane były pochody. Ja tegu zabroniłam, gdyż bałam się o zdrowie dzieci i młodzieży. Nikt na ulice nie wyszedł, podczas gdy w miastach, takie pochody się odbywały. Jednak niektóre moje decyzje wywoływały niepokój partyjnych organów. Pamiętam, jak przyjęłam do pracy siedniu nauczycieli po studiach. Mimo wysokich kwalifikacji, nikt nie chciał ich przyjąć do pracy, gdyż nie odpowiadali ówczesnej władzy ludowej. Ja, ze względu na wysokie kwalifikacje postanowiłam ich zatrudnić. Decyzję tę akceptowała władza gminy, jednak przyjachało UB i nakazało mi ich zwolnić, a na ich miejsce przyjąć innych, zupełnie niewykształconych ludzi. Nękały mnie różne kontrole, ale ja postawiłam na swoim, i decyzji nie zmieniłam. Dużo w teym czasie pomógł mi pan Sytek, ówczesny sekretarz gminy.   
JB: Żona była inspektorem oświaty w najgorszym czasie stanu wojennego. Byłem bardzo przeciwny, by obejmowała to stanowisko. Pamiętam, jak pewnego dnia przyszła do domu zupełnie wykończona. Ale jak się później okazało, ta sama władza, która często nękała żonę, dała jej później złoty krzyż zasługi. Za dostałem tylko srebrny krzyż...

Ciekawi pacjenci
JB: Żona, po przejściu na emeryturę, wspólnie ze mną prowadzi NZOZ. Wspólnie czuwamy nad zdrowiem ponad 2 tysięcy naszych pacjentów. Codziennie spotykamy się z jakimiś ciekawymi przypadkami. Przez 25 lat pracy w Ostrowitem spotkaliśmy bardzo ciekawych ludzi. Wspomnę chociażby swojego najstarszego pacjenta, pana Szczepankiewicza, który żył ponad 102 lata. Pamiętam, jak w tak poważnym wieku potrafił jeździć rowerem po mleko. W pamięci zapadł mi też pacjent, który żył 98 lat i tylko raz przybył do mnie po lekarstwa. Ten pan był z Przecławia. A przyszedł do mnie po śmierci syna, bym przepisał mu jakieś lekarstwa uspokajające

Dobre społeczeństwo
JB: Zdecydowaliśmy się zostać w Ostrowitem na dłużej nie tylko ze względu na odpowiadające nam warunki bytowe. Muszę podkreślić, że społeczeństwo gminy Ostrowite stanęło na wysokości zadania. Ludzie bowiem docenili moją pracę i odnosili isę do mnie zawsze z życzliwością. Mogę siępochwalić, że przez całe 25 lat nie wpłynęło ani jedno zażalenie ani skarga. Pewnym miernikiem Pewnym miernikiem zaufania społeczeństwa są zaproszenia na śluby, rocznice ślubu czy komunie. Staramy się nigdy nie odmawiać tym, którzy nas zapraszają. Poza tym układała i nadal układa się współpraca z apteką, ze stomatologią, ze szpitalem. Dobrze układa mi się również współpraca z władzami gminnymi. Zarówno z poprzedniego, jak i obecnego ustroju. Przecież dzięki gminie udało się znacznie unowocześnić ośrodek zdrowia. Zawsze dążyliśmy do dobrej współpracy z samorządem. Tam były pieniądze. A poza tym, my nie mamy ani zdrowia, ani czasu, ani ochoty, by prowadzić kłótnie.
  
W wolnym czasie
BP-B: Kiedy nie pracujemy, rozszerzamy swoje horyzonty. Męża bardzo interesuje medycyna, trochę też sport. Mnie interesują wszelkie otaczające nas zjawiska społeczne. Ponadto uwielbiam czytać. Staram się przynajmniej dwie godziny dziennie spędzać przy książce. Ponadto uwielbiamy obcować z przyrodą. Często wybieramy się na długie, nawet kilkunastokilometrowe piesze wędrówki. Co jakiś czas wybieramy się do Poznania do teatru czy opery.

Jeszcze nie czas ne emetyturę...
JB: Jak na razie nie narzekamy na zdrowie, co roku robimy sobie badania. Naszą receptą na dobrą kondycję jest po prostu zdrowy styl życia. Zatem póki co nie wybieram się na emeryturę. Dopóki warunki stworzone przez samorząd oraz wyższe struktury, jak NFZ, będą korzystne oraz, przede wszystkim, dopóki pacjenci będą obdarzać nas zaufaniem, do tego czasu będziemy pracować w Ostrowitem

Wysłuchał: Michał Majewski

Artykuł ukazał się na łamach Kuriera Słupeckiego w październiku 2005 roku


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wielki Rów

środa, 14 marca 2007 9:12

Gawęda historyczna Pana Stanisława Garsztki 

Jadąc z Ostrowitego w stronę Siernicza Wielkiego, po lewej stronie, w niewielkiej odległości od samotnie stojących zabudowań po wielkim gospodarstwie państwa Wolickich, był Wielki Rów. Historia tego rowu i krajobrazu wokół niego jest arcyciekawa. Kawałek za gospodarstwem Wolickich, w stronę Wiktorowa, w dolinie, znajdowało się 4,5 włóki nieużytku - była tam woda. Nazwa tego terenu brzmiała: Sitka. Nazwa ta, do dnia dzisiejszego się zachowała, na wszystkich mapach geodezyjnych ten teren figuruje jako Sitka.
Przed rokiem 1870 (według danych szacunkowych) bagniska jeszcze tam były. Podobno Sitka były przepiękną ostoją przyrody, szczególnie ptactwa. Tereny te należały w 90 procentach do dóbr Siernicze Wielkie. Część zlokalizowana bliżej drogi należało do dóbr Ostowiete, zaś inny kawałek miał właściciel małego majątku w Wiktorowie. W tamtym czasie właścicielem dóbr Siernicze Wielkie, zresztą ostatnim, był Polak, szlachcic Wyganowski. Był to młody człowiek, przejął gospodarstwo po swoich rodzicach. Na owe czasy, był osobą bardzo wykształconą, ukończył wyższą szkołę rolnicza w Belgii. Wyganowski postanowił osuszyć mokradła wchodzące w skład Sitek i zrobić z tego grunty uprawne. W grę wchodziło ponad 100 mórg ziemi. By zrealizować swe plany, właściciel Siernicza Wielkiego zaangażował inżynierów meliorantów, którzy zrobili  projekt osuszenia Sitek. Wyganowski dogadał się z właścicielami Ostrowiego i Wiktorowa. Wszyscy przecież mieli interes w osuszeniu gruntów. Postanowiono wykopać rów od jeziora Ostrowickiego, biegnący przez Borówiec, w stronę Sitek. Była to wielka inwestycja. Wyganowski zaciągnął na nią kredyt hipoteczny, wcale nie mały, bowiem przy okazji m.in. pobudował w Sierniczu nowe czworaki, odrestaurował stary dworek, pobudował wielką stodołę, poratował budynki gospodarskie. Jak się później okazało, pożyczka zaciągnięta przez Wyganowskiego stanowiła aż 40 proc. jego majątku. Kiedy był już projekt i pieniądze, trzeba było się zabrać za wykopanie rowu. Wyganowski dogadał się z oficerami garnizonu wojskowego w Koninie. Stał tam pułk dragonów  liczący ok. tysiąca żołnierzy. Oficerowie otrzymali łapówkę, a na ruble byli bardzo łasi. W konsekwencji tego, Wyganowskiemu przysyłano 50 - 100 osobowe grupy żołnierzy, którzy kopali rów. Rosyjscy żołnierze nie otrzymywali wynagrodzenia, dostawali jedynie wyżywienie.
Rów prowadził przez grunty mojego dziadka Kaźmierczaka, przez grunty Tomaszewskich, później przeciął drogę (aby umożliwić przejazd pobudowano mostek). Od drogi, w stronę Sitek, głębokość rowu sięgała 10 metrów. Jak dokopano rów do Sitek, woda zaczęła spływać do jeziora. Następnie kopano dalej, przez Tomaszewo, Wiktorowo do Siernicza, gdzie znajdowała się sadzawka umownie nazywana Gugułką. Tam były też duże bagna, które udało się osuszyć. Wykopanie rowu zajęło w sumie trzy lata. Moim zdaniem, Wyganowski pokazał wielki majstersztyk załatwiając, że Moskale, za przysłowiowy psi pieniądz, wykonali mu tak wielką pracę. Już po osuszeniu Sitek i Gugułki, do rowu regularnie spływały wody z pól, zasilając jezioro Ostrowickie. W krajobrazie naszej gminy Wielki Rów pozostał do przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Wtedy to, po wcześniejszym wpuszczeniu betonowych kręgów, rów został zakopany. Do dziś zachowały się pozostałości. Przed rozwidleniem drogi prowadzącej od Ostrowitego do Borówca i Jarotek znajduje się rów z kręgiem. Jednak są zaledwie szczątki Wielkiego Rowu.

Opowiadanie Pana Stanisława Garsztki wysłuchał i do publikacji przygotował Michał Majewski

Gawęda ukazała się na łamach Kuriera Słupeckiego w lutym 2007 roku


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Borówiec

środa, 14 marca 2007 9:10

Gawęda historyczna Pana Stanisława Garsztki 

Borówiec, według zapisów z 1827 roku, nosił nazwę Borowice. Trudno mi powiedzieć kiedy zmieniono nazwę z Borowice na Borówiec. Wiadomo, że u schyłku XIX w pisowni używa się już nazwy Borówiec. I tak, w 1875 roku wieś Borówiec liczyła 12 rolników, którzy posiadali 317 mórg ziem uprawnych, łąk i torfowisk. To niewielka wieś, ale jej historia w XIX wieku jest bardzo ciekawa. Borówiec należał do dóbr Ostrowite. W połowie XIX wieku, przed powstaniem styczniowym, ta część, która stanowi dzisiaj wieś Borówiec musiała zostać sprzedana. Tak się należy domyślić, bo w późniejszych dokumentach nie mówi się o dobrach Borówiec należących do dóbr Ostrowite, tylko o wsi Borówiec. Jako ciekawostka powiem, że te gospodarstwa wybudowali niemieccy osadnicy, którzy kupili ziemię od dziedzica dóbr Ostrowite. Zatem Borówiec był do 1875 lub 1877 w posiadaniu kolonistów niemieckich. Reliktem historycznym, który został do dziś jest cmentarz, zwany Kircholem. Niegdyś było tak, że każda zwarta społeczność niemiecka stanowiła równocześnie ewangelicką gminę wyznaniową. Te gminy chowały zmarłych na swoich cmentarzach. Tak właśnie powstał ten cmentarz. W 1875 lub 1876 roku, źródła różnie podają, wszyscy Niemcy sprzedali swoje gospodarstwa Polakom. Sami zaś, w potężnych wozach wywędrowali do Rosji na Powołże. Tam car dawał osadnikom niemieckim za darmo ziemię. Ponadto, niemieccy osadnicy byli przez 30 lat zwolnieni z podatku. Jedynym ich obowiązkiem była służba wojsku.
W gawędzie o Borówcu pojawia się mój osobisty wątek. Bowiem jednym z tych, którzy już od Polaków, kupili gospodarstwo na Borówcu był mój dziadek, Walenty Kaźmierczak. Obecnie to gospodarstwo jest w posiadaniu rodziny Kosmowskich. Dom, który mój dziadek kupił istnieje do dziś. Jest to żywy relikt historyczny, chyba ostatni ze starych domów, który zachował się na Borówcu. Podejrzewam, że ma on grubo ponad 200 lat. W tym domu urodziła się moja mama, dlatego tak wielkim sentymentem darzę Borówiec. Jak już powiedziałem, Borówiec nie jest wsią dużą, za to gospodarstwa były tam dość zasobne. Po sprzedaniu gospodarstwa rodzinie Kosmowskich, mój dziadek kupił gospodarstwo od pana Tarczyńskiego. Jest to gospodarstwo, w którym dzisiaj mieszkają Bartosikowie. Z tym, że tam był jeszcze wiatrak.
Mój dziadek, Walenty Kaźmierczak należał do bardziej majętnych rolników na Borówcu. Był także bardzo aktywnym człowiekiem w życiu społecznym nowej gminy. Swą aktywność ujawniał już częściowo w czasie zaboru rosyjskiego, chociaż wtedy za bardzo swojej polskości nie można było okazywać, bo było to niemile widziane przez władze rosyjskie, można było mieć z tego tytułu kłopoty.
Bardzo bolesnym okresem dla Borówca jest czas po 1939 roku. 15 sierpnia 1941 roku Niemcy podjechali swoimi samochodami ciężarowymi, żołnierze gestapowcy i miejscowi Niemcy, którzy stanowili tzw. Hilfspolizei - policję pomagającą żandarmom, wywłaszczyli wszystkich gospodarzy z Borówca, przewieźli do Konina i stamtąd te rodziny wywieziono na Śląsk, w okolice dzisiejszych Duszkników. Zatem borówczanie, okres okupacji, od 1941 do 1945 roku spędzili jako robotnicy przymusowi w Niemczech. Drugim przykrym okresem, chociaż w zupełnie innym wymiarze, był czas od 1948 do 1956 roku, gdzie co bogatszy gospodarz był uważany za kułaka. Wielu z nich, za to, że nie mogli oddać obowiązkowych dostaw, które władze komunistyczne nałożyły na polskich rolników, siedziało w więzieniu. Za winy nie popełnione. A chodziło o to, żeby tych ludzi jak najbardziej zagnać do polskich kołchozów. Tutaj należy się wielki szacunek naszym dziadkom za opór, twardość. Siedzieli w więzieniu, ale do kołchozów nie poszli. Ci, którzy to przeżywali do dziś dnia żyją.
Ja najbardziej jestem dumny z tego, że Borówca wywodzi się rodzina mojej mamy, z którą jestem bardzo związany.

Opowiadanie Pana Stanisława Garsztki wysłuchał i do publikacji przygotował Michał Majewski

Gawęda ukazała się na łamach Kuriera Słupeckiego w lutym 2007 roku


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jan Szumański (1918 - 2006) - Historia ostrowickiej parafii

środa, 14 marca 2007 9:06

Jan Szumański na świat przyszedł w roku 1918 w Zagórowie. Do czasu okupacji uczył się przez 3 lata, potem pracował u Niemców jako stolarz. Trafił do niemieckiej firmy remontowo - budowlanej ze Słupcy. Po zakończeniu wojny pan Jan wrócił w rodzinne strony. Po niedługim czasie został zaciągnięty do wojska. Służył w polskiej jednostce w Łowiczu. Po wyjściu z wojska, pan Szumański jeszcze przez rok uczył się zawodu organisty. Pierwsze zatrudnienie jako organista znalazł w Dobrosołowie. Jednak szybko opuścił tę parafię. Za namową znajomego pan Jan przybył do Ostrowitego. Jak się okazało, właśnie z Ostrowitem związał całe swe dorosłe życie. Pracę jako organista rozpoczął 1 maja 1948 r. Rok później się ożenił. Z żoną Czesławą (z domu Wolicka) tworzyli idealne małżeństwo. Wydali na świat... trzynaścioro dzieci. By utrzymać jakże liczną rodzinę pan Jan podejmował inne prace. Wykorzystywał swe umiejętności muzyczne. Wraz z dwoma braćmi Eugeniuszem i Kazimierzem, którzy również byli organistami, grywał na weselach i innych uroczystościach. Ponadto, był księgowym. Najpierw, w latach 60. pracował w Kółku Rolniczym w Ostrowitem. W połowie lat 70. został księgowym w utworzonej Spółdzielni Produkcyjnej w Przecławiu. Mając wiele obowiązków rodzinnych oraz zawodowych, Jan Szumański znajdował czas, by pracować społecznie. Przez wiele lat był aktywnym działaczem ZBoWiD-u. Był również strażakiem. W latach 80. zasiadał w zarządzie OSP Ostrowite, gdzie pełnił funkcję skarbnika. Zaś do końca swych dni był honorowym członkiem OSP. Za ofiarną działalność społeczną pan Jan otrzymał wiele odznaczeń. W szerokiej kolekcji medali za zasługi znajdują się: Krzyż Kawalerski Order Odrodzenia Polski za działalność społeczną, honorowy order kombatancki, złoty medal za zasługi dla pożarnictwa, medal za udział w walkach o Berlin, medal za udział w obronie ojczyzny, nominacja od prezydenta RP na stopień podporucznika.
W lipcu 1998 roku zmarła ukochana żona pana Jana. 1 lipca 2004 roku Jan Szumański, po 56 latach pracy w ostrowickiej parafii odszedł na zasłużoną emeryturę. W ten dzień parafianie z wielkim szacunkiem pożegnali swego organistę. Po dwóch latach, 24 czerwca 2006 z równie wielkim szacunkiem oraz głębokim żalem, liczna rodzina, przyjaciele, znajomi, strażacy oraz wszyscy wdzięczni parafianie uczestniczyli w ostatniej drodze Jana Szumańskiego.  

Wspomnienie o Janie Szumańskim ukazało się na łamach Kuriera Słupeckiego w czerwcu 2006 r.

Fragmenty rozmowy z Janem Szumańskim przeprowadzonej  w lipcu 2004 roku 

Na początek poproszę o kilka wspomnień z czasów młodości
Urodziłem się w Zagórowie. Do czasu okupacji uczył się przez 3 lata, potem pracowałem u Niemców jako stolarz. Istniał wtedy przepis, że firmy musiały dać jednego pracownika dla Rzeszy. Padło na mnie, trafiłem do niemieckiej firmy remontowo budowlanej ze Słupcy. Pracowałem tam 5 lat i 3 miesiące. Ostatnie 7 miesięcy wysłano nas do wsi Mosina koło Uniejowa do budowy mostu dla wojska. Nie dokończyliśmy tego mostu, gdyż przyszły wojska polskie i radzieckie i razem z nimi wróciliśmy do domu. Gdy wróciłem w swoje strony firma, w której wcześniej pracowałem była już nie istniała. Nie było żadnych dokumentów, nie mogłem dostać zatem żadnego odszkodowania. Potem zaciągnięto mnie do wojska. Służyłem w jednostce polskiej w Łowiczu. Pracowałem w batalionie roboczo - gospodarczym. Ochranialiśmy lotnisko, pełniliśmy warty. W połowie tej służby zaangażowano nas do klubu oficerskiego. Wtedy nie obowiązywały nas już warty ani apele, utrzymywaliśmy zaś pokoje, dostarczaliśmy gazety oraz graliśmy w orkiestrze.
Gdzie uczył się pan gry na organach?
Uczyłem się u profesorów, trochę w Lądzie u profesora Bendarza. Ale praktycznie to nauczyłem się na Kujawach, tam też odbyłem praktykę. Miałem wujka, profesora muzyki, który mnie głównie szkolił.
Kiedy i w jakich okolicznościach przejął pan obowiązki organisty?
Gdy wyszedłem z wojska jeszcze rok czasu uczyłem się zawodu organisty. Później przez krótki czas pracowałem w Dobrosołowie. Od początku mi się nie układała współpraca z tamtejszym proboszczem. Za namową pana Harwozińskiego przyjechałem do Ostrowitego i tu już zostałem. Pracę rozpocząłem z dniem 1 maja 1948 r. Akurat proboszczem został ksiądz Jan Jagiełło, którego bardzo dobrze znałem z pobytu w Zagórowie. Później ks. Jagiełło wyjechał, przez krótki okres czasu był inny ksiądz, a później parafię objął prałat Antoni Skrzypkowski. Był to prawdziwy ksiądz z powołania.
No właśnie. Miał pan okazję pracować z kilkoma księżmi. Gdyby mógł pan ich krótko scharakteryzować i porównać.
Zdecydowanie najlepszym księdzem był prałat Antoni Skrzypkowski. Współpraca z nim układała mi się idealnie. Z resztą nie tylko mi, bo każdy, kto mieszkał w parafii za czasów ks. prałata powie, że to był ksiądz idealny. Dla przykładu, kiedy chodził po kolędzie potrafił sam zostawić pieniądze potrzebującym parafianom. Prałat nie zbierał żadnych pieniędzy na cele kościelne. Przykładowo, kiedy zbierano na nowe organy, ofiary składane przez parafian zbierali członkowie rady parafialnej. W ten sposób wszystko odbywało się uczciwie, nie było żadnych podejrzeń. Ks. Skrzypkowski zawsze był biedny, ale we wspomnieniach pozostał jako wielki patriota i człowiek kochający ludzi. Wcześniejszy proboszcz, Jan Jagiełło też był dobry, jednak nie w takim stopniu jak prałat Skrzypkowski. Za czasów Jagiełły działał chór, z którym śpiewaliśmy różne pieśni po łacinie, bo w tym języku odprawiało wtedy się msze. Jagiełło rozpoczął odbudowę kościoła i innych posiadłości parafii. Zawdzięczamy mu m.in. ogrodzenie wokół cmentarza. W tej inwestycji pomógł pan Kołodziejski ze Słupcy, z resztą także bardzo dobry człowiek. Po Jagielle był, jak już mówiłem, prałat Skrzypkowski, a po jego nagłej śmierci do parafii przyszedł ks. Stanisław Szewczyk. Był on organizatorem innego chóru, tym razem stworzonego prze ponad 40-osobową grupę dziewcząt. Ks. Szewczyk był bardzo oszczędnym gospodarzem. Zanim wydał jakieś pieniądze, najpierw pięć razy je obejrzał. Jemu parafia zawdzięcza malowanie kościoła, położenie posadzki i zmianę dachu. Moja współpraca z wszystkimi układała się dobrze. Może małe nieporozumienia miałem z obecnym proboszczem. Wynikało to głównie z narzucania jego woli. Wszystko musiało być według jego uznania. Jeśli chodzi o oprawę muzyczną mszy, czasami nawet przestawałem śpiewać i głos oddawałem księdzu. Podobnie z resztą śpiewać przestawali niektórzy parafianie. Ale ogólnie rzecz biorąc, nie mogę narzekać na współpracę z proboszczami.
Przez ponad pół wieku codziennie uczestniczył pan we mszach. Mógł pan zatem zauważyć w jakich latach do kościoła przychodziło najwięcej ludzi?
Przez całą moją pracę nie zauważyłem znaczących różnic co do liczby osób uczestniczących we mszach i nabożeństwach. Średnio jedna trzecia parafian to tzw. katolicy praktykujący, czyli tacy, którzy regularnie chodzą do kościoła. Na pewno dużo większa frekwencja była zawsze przy okazji rekolekcji, wielkanocnej rezurekcji czy pasterki. Ale stwierdzić można, że corocznie do kościoła chodzi porównywalna liczba wiernych. Podobnie jeśli chodzi o ofiarność. Zawsze jest tak, że liczyć można tylko na te same osoby i rodziny.
Czy podczas pracy w parafii szczególnie utkwił panu w pamięci jakiś moment?
Szczególnych momentów nie pamiętam. Pamiętam jednak pewne uroczystości. Na przykład,  za księdza prałata Skrzypkowskiego, który miał znakomity kontakt z klerykami z Lądu, niektóre uroczystości odbywały się jak w jakiejś katedrze. A to za sprawą świetnej oprawy. Klerycy urządzali zabawy z dziećmi i młodzieżą. Często bywały organizowane akademie z muzyką i śpiewem. W pamięci utkwiły mi także występy, jakie dawaliśmy z chórem dziewczęcym za czasów księdza Szewczyka. Ówczesny proboszcz sam dowoził dziewczyny z okolicznych wiosek, próby odbywały się dość często. Często też jeździliśmy na różne przeglądy piosenki religijnej. Udawało się nam nawet zdobywać tam nagrody. Mielismy zaszczyt śpiewać m.in. w kaplicy Matki Boskiej w Częstochowie. Współpracę z chórem wspominam bardzo ciepło. 
Na ostatniej mszy świętej oficjalnie, w uroczysty sposób podziękowano panu za ponad pięćdziesięcioletnią pracę w parafii. Jak pan wspomina to pożegnanie?
Byłem bardzo mile zaskoczony. Wiedziałem tylko, że odprawiona zostanie msza w mojej intencji. Po mszy zasypano mnie kwiatami i życzeniami, co było bardzo wzruszające. Dostałem nawet specjalne podziękowanie na piśmie od arcybiskupa Henryka Muszyńskiego.
Rozmawiał Michał Majewski

Rozmowa z Janem Szumańskim ukazała się na łamach Kuriera Słupeckiego w lipcu 2004 r.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Robert Różański - wikariusz parafii w Ostrowitem w latach 1999 - 2005

środa, 14 marca 2007 8:56

27 czerwca 2005 r., po sześcioletniej pracy duszpasterskiej, parafię M.B. Częstochowskiej w Ostrowitem opuścił ks. Robert Różański.

Czy pamięta ksiądz pierwsze dni w ostrowickiej parafii?
W Ostrowitem pojawiłem się w końcu czerwca 1999 roku. Zostałem tutaj przeniesiony z parafii Szpetar Górny pod Włocławkiem. Tak się złożyło, że chwilę po moim przyjeździe ksiądz proboszcz wyjechał na urlop, zatem sam musiałem pracować w nowej parafii. Ale bardzo miło wspominam te dni. Pamiętam, że dwie parafianki przyszły na plebanię i zapytały czy czegoś nie potrzebuję. Mówiłem, że nie, ale parafianki i tak przyniosły mi kurczaka z rożna. Ta życzliwość została do dziś, przez cały mój pobyt w Ostrowitem spotykałem się z sympatią parafian.

Jak układała się księdzu współpraca z proboszczem?  
Współpracując z proboszczem najważniejsze zawsze było dobro ludzi i  Kościoła. I to było zawsze dla mnie największą wartością. W pracy duszpasterskiej na bok odstawić trzeba emocje. Wiadomo, zdarzało się, że mieliśmy z proboszczem różne zdania, ale przecież niemożliwe jest, by we wszystkich kwestiach się zgadzać. Generalnie, spokojnie mogę powiedzieć, że z proboszczem nie miałem konfliktów.

Ksiądz jest rekordzistą pod względem długości pracy wikariusza w ostrowickiej parafii. Ksiądz miał okazję tu pracować przez sześć lat, podczas gdy poprzednicy rzadko byli dłużej niż rok. Czym można to wytłumaczyć?
Rzeczywiście, w Ostrowitem pracowałem 6 lat. Faktem też jest, że moi poprzednicy zmieniali się mniej więcej co rok. Ale jak już powiedziałem, w pracy duszpasterskiej najważniejsze jest dobro ludzi i Kościoła. Podporządkowanie wszystkich działań tej wartości wszystkich działań uważam za receptę mojego tak długiego pobytu w Ostrowitem.

Od początku pobytu w Ostrowitem pracował ksiądz w szkole. Jak ksiądz wspomina pracę z młodzieżą?
Uczyłem trochę w podstawówce, ale zdecydowanie więcej zajęć miałem w gimnazjum. Musze przyznać, że bardzo lubię pracować z młodzieżą i miło będę wspominać lekcje prowadzone w Ostrowitem. Najbardziej zżyłem się z pierwszym rocznikiem gimnazjum. A to dlatego, że razem zaczynaliśmy. Ja pracę w Ostrowitem, oni zaś naukę w nowo utworzonym gimnazjum. Z późniejszymi rocznikami co prawda już tak się nie zżyłem, ale pracowało mi się z nimi również bardzo miło. Moja praca współpraca z młodzieżą nie ograniczała się tylko do szkoły. W pierwszych latach mojej pracy tutaj spotykaliśmy się z młodzieżą na Kręgu Biblijnym. Bardzo mnie cieszy, że większość z tych młodych ludzi, którzy już teraz studiują odnajdują się w duszpasterstwach akademickich. Innym przykładem współpracy z młodzieżą są pielgrzymki lednickie. Kiedy zaczęliśmy je organizować jechaliśmy w 20, w tym roku było nas już ponad stu. Jednak prócz tej oficjalnej duszpasterskiej działalności starałem się szukać innych dróg, które mogły przyciągnąć młodych ludzi do Chrystusa. Organizowałem ogniska i imprezy, jak również chętnie korzystałem z zaproszeń młodzieży.

Czy utkwiły księdzu w pamięci najradośniejsze i najsmutniejsze momenty podczas kapłańskiej posługi w naszej parafii?
Moją największą radością jest fakt, że moja posługa komuś pomaga, daje ulgę. Doświadczam tego chociażby podczas spowiedzi. Wiele zadowolenia wiązało się z pracą z młodzieżą. Jeśli zaś chodzi o te smutne chwile, wymieniłbym te, które przeżywam wspólnie z parafianami. Ich problemy zawsze w jakiś sposób na mnie oddziaływały. Jak tylko mogłem, starałem się im pomagać.

Czy pamięta ksiądz jakieś inne, szczególne momenty z pracy w Ostrowitem?
Na pewno szczególnym wydarzeniem było przeniesieni parafii, a tym samym mnie do diecezji gnieźnieńskiej. Zostałem rzucony praktycznie w obce środowisko. Ale przecież Kościół jest powszechny, zatem pracować dla dobra człowieka muszę wszędzie.

Czy nasi parafianie mają jakieś cechy, które parafię wyjątkową?
To, co już na początku mnie urzekło, i trwa do dnia dzisiejszego to naprawdę duża życzliwość i gościnność. Wcześniej pracowałem na Kujawach i tam nie spotkałem się z czymś takim. Tam, niewiadomo nawet ile czasu bym pracował, zawsze pozostałbym obcy. Przez cały okres pracy w Ostrowitem miałem poczucie, że jestem "swój". Dlatego, nawet za wiele lat, mówiąc o ostrowickiej parafii nie będę mówił "u was", zawsze zaś używał będę określenia "u nas".

Rozumiem zatem, że nie prędko zerwie ksiądz kontakty z naszą parafią...
Na pewno kontakty z Ostrowitem będę starał się zachować jak najdłużej. Obiecuję, że nie powyrzucam numerów telefonów parafian. Pięknie rozwinęły się moje przyjaźnie z młodzieżą, a nawet z całymi rodzinami. Bardzo mi to pomagało w pracy duszpasterskiej. Na pewno nie zapomnę tego życzliwym mi ludziom.

Czy może ksiądz zdradzić swoje pasje?
Muzyka, historia i motoryzacja - te dziedziny pochłaniają sporo mojego czasu wolnego o pracy duszpasterskiej.

Co stanie się z księdzem Robertem po opuszczeniu naszej parafii?
27 czerwca opuszczam Ostrowite. Przeniosę się do Inowrocławia, gdzie czeka mnie praca w parafii Św. Ducha. To typowo miejska, dużo większa od Ostrowitego parafia. Na pewno żal opuszczać Ostrowite, ale w pracy duszpasterskiej trzeba być gotowym na takie zmiany. Mówi się, że najmilej wspomina się zawsze pierwszą parafię. W moim przypadku jest inaczej. Najcieplej w pamięci zapadnie mi druga parafia, pw. M.B. Częstochowskiej w Ostrowitem.
Rozmawiał Michał Majewski

Rozmowa z ks. Robertem Różańskim ukazała się na łamach Kuriera Słupeckiego w czerwcu 2005 roku


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tytułem wstępu

wtorek, 13 marca 2007 15:03

Zapraszam do poznania historii gminy Ostrowite.

W kategorii: "gawędy" znajdziecie opowiadania poświęcone historii poszczególnych miejscowości, wybitnym ludziom czy wydarzeniom, które miały miejsce na terenie gminy Ostrowite. 

Zapraszam do lektury oraz komentowania. Być może macie jakieś cenne informacje na porusany temat, którymi możecie się podzielić.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Michał Majewski

wtorek, 13 marca 2007 14:53

 

Redaktor blooga. Od 2004 roku związany Kurierem Słupeckim, dla którego przygotowuje informacje z terenu gminy Ostrowite.

kontakt

e-mail: phil1985@wp.pl

gg: 732621


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Stanisław Garsztka

wtorek, 13 marca 2007 14:52

Emerytowany pracownik słupeckiego szpitala, z zamiłowania historyk. Szczególnie interesuje się historią swego regionu, w tym swej "Małej Ojczyzny", którą jest gmina Ostrowitem. Bowiem właśnie w tej gminie się urodził (w Sierniuczu Wielkim) i spędził dzieciństwo oraz młodość. Autor gawęd historycznych poświęconych gminie Ostrowite..


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Licznik odwiedzin:  1 806  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1806

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl